21 lutego 2017

Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne - Mikołaj Grynberg

Bohaterów mojej książki łączy to, że wychowani zostali tak jak ja, przez ocalałych z Holokaustu. Łączy nas też to, że jesteśmy Żydami, i to, że mieliśmy nie istnieć, bo już naszych rodziców miało nie być. Łączą nas również nasze domy rodzinne, trwające w cieniu wielkiej żałoby. Smutek był ich niezbywalną częścią, często pozostającą w sferze poza słowami. Narzekanie brzmiałoby w naszych ustach jak bluźnierstwo, więc tego nie robimy. Czujemy, że mamy „drugą szansę”, mimo że sami nigdy nie straciliśmy pierwszej.


W poszukiwaniu swoich bohaterów Mikołaj Grynberg zjeździł Polskę, Izrael i Stany Zjednoczone. Rozmowy prowadził po polsku, francusku i angielsku. Niezależnie od tego z kim rozmawiał, żadna z tych rozmów nie była łatwa. Niektórym mówienie o tak intymnych sprawach przychodziło z trudem, niektórzy nie mieli problemu z tym, by się otworzyć. Niektóre z tych rozmów były nieprzyjemne, inne kończyły się wspólnym wzruszeniem. Wszystkie zaś łączy jedno – to historie rodzinne tych, których wychowali ocaleni z Holocaustu, to świadectwo drugiego pokolenia naznaczonego traumą Zagłady, choć przecież sami nigdy jej nie doświadczyli. Jak wyglądało ich życie? Jak to jest być wychowanym przez ocalałego?

18 lutego 2017

Depesze - Michael Herr

Pojechałem na wojnę wiedziony prostackim, choć poważnym przekonaniem, że trzeba umieć patrzeć na wszystko. Poważnym, bo wprowadziłem je w czyn, a prostackim, bo nie wiedziałem – dopiero wojna mnie tego nauczyła – że jesteś tak samo odpowiedzialny za to, na co patrzysz, jak za to, co robisz.


Michael Herr w Wietnamie spędził dwa lata, pracując tam jako korespondent wojenny dla magazynu „Esquire”. Towarzyszył żołnierzom na froncie i poza nim. Brał udział w nalotach, akcjach, walkach. Był na linii strzału i niejednokrotnie spojrzał śmierci prosto w oczy. Naoczny świadek rozgrywającego się w Wietnamie dramatu. Od regularnych żołnierzy różnił się tylko tym, że nie musiał tam być - furtka powrotu dla niego była zawsze otwarta. Sam dokonał takiego wyboru. Depesze to zapis tego, co widział i czego doświadczył podczas tych dwóch lat. Znamienne, że swoje wspomnienia spisał dopiero osiem lat po powrocie.

7 lutego 2017

Plaża za szafą. Polska kryminalna - Marcin Kącki

Niewiele przeczytałem powieści kryminalnych, rzadko oglądałem filmy, a seriale kryminalne omijałem z daleka. Nudziły mnie, bo życie daje po mordzie najbardziej wymyślnym pomysłom literackim i scenariuszom. Poznałem to życie, gdy wpychałem się między zbrodnię i karę z notesem, ołówkiem i długim nosem – a książka to efekt 10 lat tej reporterskiej roboty.


Rzeczywiście te krótkie reportaże zebrane w książce Plaża za szafą. Polska kryminalna Marcina Kąckiego pokazują, że nawet najtęższe umysły, literaccy giganci kryminalni, czy twórcy krwawych filmów, przegrywają ze scenariuszami, które może zgotować życie. Codzienność obfituje w zaskakujące wydarzenia, trzeba tylko umieć je dostrzec. Czasem tuż za rogiem, u sąsiada w bloku, czy u koleżanki w pracy stać może się coś, co trafi na pierwsze strony gazet i wywoła niemałą sensację. Właściwie każdy z nas mógłby zostać bohaterem tej książki. Czego ani sobie, ani nikomu innemu nie życzę.

4 lutego 2017

Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne - Marek Łuszczyna

Między 1945 a 1950 rokiem w Polsce działało dwieście sześć obozów pracy przymusowej oraz obozów koncentracyjnych, w których przetrzymywano Niemców, Ukraińców, Łemków i Polaków. Do ich stworzenia wykorzystano nienaruszoną infrastrukturę nazistowską, porzuconą przez wycofujące się załogi niemieckie.  

[…]Polskie obozy były doskonale zorganizowane i podlegały Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego oraz Centralnemu Zarządowi Przemysły Węglowego. Istniały w całej Polsce.


Marek Łuszczyna bierze się za temat kontrowersyjny, niewygodny i taki, o którym wolelibyśmy nie wiedzieć. Kontrowersyjny, bo od kilkunastu lat Polska walczy o to, by sformułowanie  „polskie obozy koncentracyjne” przestało funkcjonować w przestrzeni publicznej i zniknęło ze świadomości ludzi. Tymczasem Łuszczyna umieszcza je na stronie tytułowej swojej książki i wielokrotnie w jej treści. Niewygodny, bo porusza temat, o którym nie łatwo dyskutować, który już wielokrotnie zamiatany był pod dywan, bo lepiej nie wywoływać wilka z lasu i stawać twarzą w twarz z problemem. Łatwiej nie wiedzieć, bo prościej się żyje ze świadomością, że w polskiej historii nigdy nie było ciemnych stron, i że to zawsze nas ciemiężono, zaś my nigdy nie ciemiężyliśmy innych. Milczenie w tej kwestii wychodzi nam nadzwyczaj dobrze. Przerywa je Marek Łuszczyna i wsadza kij w mrowisko.

26 stycznia 2017

Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci - Anna Malinowska

Było ich dwieście tysięcy. Dwieście tysięcy „cennych rasowo” polskich dzieci, które zostały zrabowane przez Niemców podczas II wojny światowej. Niebieskookie, jasnowłose, o aryjskiej urodzie. W ich poszukiwaniu przeczesywano szpitale, sierocińce, rodziny zastępcze, nie wahano się też odbierać je rodzonym rodzicom. A następnie umieszczano je w domach prowadzonych przez fundację Lebensborn, powołaną do życia przez Heinricha Himmlera. Tu przechodziły proces przenarodowienia: nadawano im nową tożsamość, niemieckie nazwiska, nowe daty i miejsca urodzenia. Z głowy wybijano język polski – i zwrot „wybijano” należy traktować dosłownie. A potem rozpoczynały nowe życie: trafiały do niemieckich rodzin lub w przypadku starszych chłopców, których nikt nie zechciał, były uczone walki i stawały się mięsem armatnim na froncie. Dwieście tysięcy zgermanizowanych do szpiku kości polskich dzieci, pozbawionych korzeni, przeszłości, języka. Tylko trzydzieści tysięcy z tej grupy po wojnie powróciło do kraju.


Te trzydzieści tysięcy powróciło dzięki pracy, jaką wykonał Roman Hrabar – prawnik i pełnomocnik polskiego rządu do spraw rewindykacji polskich dzieci. Zaangażowany w sprawę, odszukiwał uprowadzonych, łączył rozdzielone rodziny, przywracał ludziom bliskich i wracał im tożsamość. Choć robił to wszystko w szczytnym celu, efekt jego działań nie zawsze był pozytywny. Choć zrobił wiele i choć szczegółowo poznamy jego losy – to nie on jest głównym bohaterem tej książki. 

24 stycznia 2017

Trzy lata minęły...

Do tej pory nie zdarzył mi się jeszcze osobisty wpis, ale z okazji trzecich urodzin bloga, postanowiłam przemówić ludzkim głosem 😉


Nie zmienił mojego życia, nie rzuciłam dla niego pracy, nie mam z niego ani fejmu, ani sławy, ani tym bardziej kasy. Zasadniczo nie mam z bloga nic, oprócz satysfakcji i poczucia, że mam swój kawałek blogosfery, w którym mogę się podzielić własnymi refleksjami na temat przeczytanych książek.

Nie nawiązałam też współpracy z żadnym wydawnictwem i nie mam tego w planach, choć na początku miałam takie niezdrowe myśli. Sprawia to, że jestem w niszy, daleko w tyle za „wielkimi rybami” blogosfery, ze skromną ilością lajków na Facebooku – trudno, jakoś z tym żyję 😉 Ale za to, czytam sobie to, co chcę, kiedy chcę i na co mam aktualnie ochotę. Nikt mi nie narzuca terminów, tempa czytania i pisania, nie wpływa też na moje opinie. Książki i tak kupowałam, kupuję i będę kupować, więc nie jara mnie barter „książka za tekst”.

Nie ścigam się też w ilości przeczytanych książek, bo uważam, że czytając około 60-70 lektur rocznie i tak zawyżam średnią, a jest jeszcze kilka innych rzeczy, które lubię robić poza czytaniem. Serio! 😊

Czego mnie nauczyły te trzy lata blogowania? Zrozumiałam pewne rzeczy i znalazłam swoje własne tempo. Już nie piszę o każdej książce, którą przeczytałam, bo czasem zwyczajnie nie mam nic ciekawego do powiedzenia na jej temat. Dzielę się tym, co mi się podoba, co robi na mnie wrażenie, co wywołuje we mnie silne emocje – czasem niekoniecznie pozytywne. Już nie czuję presji, że muszę pisać często i najlepiej tylko o nowościach. Grunt, że piszę regularnie, że wciąż mam ochotę to robić i że nadal  sprawia mi to przyjemność. To chyba i tak dużo :) Pogodziłam się też już z tym, że nie jestem i raczej nie będę guru blogosfery 😉 Jest dobrze tak, jak jest.

Po co więc to wszystko robię? Po co mi ten cały blog? Co mi właściwie daje to całe blogowanie? Radość i ogromną satysfakcję! 😊Cieszy mnie każdy zwrot, który od Was dostaję – daje mi to energię, żeby pisać dalej. To miłe usłyszeć: fajny tekst, dobrze to napisałaś. To miłe, kiedy ktoś przychodzi i mówi: czytałam twój wpis, zaintrygowałaś mnie, sięgnę po tę książkę. To miłe, kiedy ktoś czuje potrzebę podzielenia się ze mną swoimi książkowymi nabytkami, podyskutowania, wymienienia luźnych uwag. Kiedy ktoś zapyta – co byś poleciła? Czytałaś to? Co o tym sądzisz? Cieszy mnie każdy komentarz pod wpisem, nawet jeśli ktoś się ze mną nie zgadza. Naprawdę jest to dla mnie olbrzymia frajda  😊 Dzięki pisaniu odkryłam też wiele ciekawych miejsc w blogosferze i nawiązałam kilka wirtualnych, ale miłych znajomości  😊

To nie były zatem trzy stracone lata. Dobrze jest widzieć, że ktoś jednak czyta tę moją radosną twórczość i że ta pisanina nie idzie całkiem w kosmos  😊 Dziękuję, że tu zaglądacie. I z okazji tych trzecich blogowych urodzin, życzę sobie, żeby było Was tu coraz więcej. Co oczywiście wiąże się z tym, że muszę dalej robić swoją robotę i robić ją dobrze. Amen 😉 

18 stycznia 2017

Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu - Liao Yiwu

Można nie być jakoś specjalnie zaangażowanym politycznie, ale pod wpływem chwili, nagłego uniesienia, napisać wiersz. Wykrzyczeć w tym wierszu swoje emocje, podzielić się z innymi tym, co się stało. Potem może ten wiersz zostać uznany za antykomunistyczny, dysydencki, antyreżimowy, a jego autor może trafić za kratki na cztery lata. Brzmiałby to absurdalnie, gdyby nie było prawdą. Za wiersz pod tytułem Masakra, napisany tuż po wydarzeniach na Placu Tiananmen, Liao Yiwu – poeta, dotąd wiodący raczej beztroski tryb życia – trafia do chińskiego więzienia na cztery długie lata i poznaje chiński system penitencjarny od podszewki.


Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu to relacja z tego okresu. Liao Yiwu bardzo dokładnie i szczegółowo opisuje to, co zobaczył i czego doświadczył przez ten czas. Z tego punktu widzenia ta książka to cenne źródło informacji o tym, co działo się w latach dziewięćdziesiątych za murami chińskiego więzienia. Autor opisuje spartańskie warunki w celach, urągające ludzkiej godności – kilkunastu mężczyzn pozbawionych jakiejkolwiek intymności, ściśniętych na niewielkiej przestrzeni, bez dostępu do bieżącej wody, śpiących na podłodze, korzystających wiadra na odchody zamiast toalety. Przedstawia hierarchię więzienną, relacje pomiędzy poszczególnymi więźniami wynikające z zajmowanych przez nich pozycji, inicjację jaką przechodził nowy więzień. Nie szczędzi czytelnikowi opisów wysublimowanych tortur zadawanych przez służbę więzienną, jak i przez samych więźniów w stosunku do innych skazanych. To wszystko składa się na przerażający obraz, w którym życie ludzkie znaczy tyle co nic, a na karę śmierci skazuje się za niemal drobiazg. Za jeden wiersz to świadectwo tego, jak nisko może upaść człowiek i jak szybko w więziennej rzeczywistości naznaczonej monotonią traci się godność, człowieczeństwo i szacunek do samego siebie. Odizolowani od świata, torturowani, traktowani w nieludzki sposób ludzie szybko zmieniają się w zwierzęta. Historia opisana przez Liao Yiwu ma też szerszy kontekst – to nie tylko relacja z pobytu w więzieniu – to także portret ówczesnych Chin, prowadzonej przez to państwo polityki, poniżania i upodlenia jednostki ludzkiej, także w konsekwencji rozpad więzi międzyludzkich i rodzinnych.