12 stycznia 2019

Wyspa dusz - Johanna Holström


Kristina utopiła swoje dzieci, by zaznać choć chwili spokoju. Elli nie znosi ograniczeń, łamie wszystkie zasady pchana silną potrzebą wolności. Sigrid szuka dobrego miejsca do życia, w którym czułaby się potrzebna. Losy tych trzech kobiet przetną się w szpitalu psychiatrycznym, znajdującym się na jednej z wysp archipelagu Nagy. Dla Sigrid, pracującej w nim jako pielęgniarka, stanie się on oazą; dla Kristiny i Elli – więzieniem.


W tym szpitalu się nie leczy; izoluje się w nim te, które w jakiś sposób nie przystają do ram określonych przez społeczeństwo – swoimi czynami, zachowaniem, potrzebami. Jedne przebywają tu za karę, bez możliwości powrotu. Drugie, tak jak Sigrid, na izolację decydują się same, szukając tu wytchnienia od coraz bardziej wymagającego i popadającego w chaos świata. Wyspa dusz – miejsce dla kobiet targanych przez wewnętrzne demony, odstających od reszty, nikomu niepotrzebnych lub tych, które w odcięciu i samotności szukają ukojenia.

Trzy wcześniej wymienione kobiety nie są jedynymi bohaterkami tej książki, ale to ich losy wysuną się na pierwszy plan. To one staną się trzonem tej powieści, a ich życiorysy nakreślą ramy toczącej się na przestrzeni kilkudziesięciu lat akcji. Kristinę poznajemy w 1891 roku, Elli na wyspę trafia czterdzieści trzy lata później. Ogniwem łączącym te dwie bohaterki stanie się sprawująca nad nimi opiekę Sigrid. To także ona będzie tą, której historia stanie się epilogiem tej powieści.

Ta książka wciąga klimatem. Jest w niej coś, co niepokoi. To poczucie wzmaga stworzone przez autorkę tło – odizolowana od reszty świata wyspa, budzący strach szpital psychiatryczny, mroczne korytarze, posępne izolatki, krzyk kobiet niosący się po budynku. Johanna Holström niewiarygodnie przekonująco oddaje też stany psychiczne swoich bohaterek, w których te się znajdują. Ich silne emocje, stany depresyjne, cierpienie niemal się udzielają czytelnikowi. To zdecydowanie mocna strona tej powieści.

Trochę słabiej wypada sama historia. Część poświęcona Kristinie wydaje się być najciekawsza, najbardziej poruszająca, najpełniej poprowadzona. Losy Elli i Sigrid nie porywają już tak bardzo; wciąż czyta się książkę z zainteresowaniem, ale emocje towarzyszące tym partiom książki już nie są tak silne. Najbardziej mnie rozczarowało to, jak powiązała ze sobą te trzy bohaterki autorka. Spodziewałam się, że Kristina i Elli wejdą w jakąś głębszą relację, że coś się między nimi się wydarzy, wejdą w jakiś wzajemny układ, ale nic z tego; ich losy przecinają się, ale nie łączą. Biegną raczej obok siebie, a spaja je tylko postać Sigrid. Szkoda, bo aż się prosiło o to, żeby coś zagrało pomiędzy tymi trzema bohaterkami, co sprawiłoby, że powieść stałaby się jeszcze bardziej wielowymiarowa, skomplikowana i trzymająca w napięciu. Tego trochę mi zabrakło. Mało dopracowana wydaje mi się też końcówka książki, w której fabuła gwałtownie przyspiesza, skracając i upraszczając pewne wątki. Oczywiście, wszystko co niedopowiedziane można sobie bez problemu dośpiewać, ale poczucie jakiegoś takiego pośpiechu, czy braku pomysłu na finał pozostało.

Wyspa dusz nie jest książką idealną i pozostawia po sobie lekkie poczucie niedosytu. Natomiast nie mogę odmówić jej tego, że zapada w pamięć i jeszcze długo rezonuje po skończonej lekturze. Mam zresztą takie poczucie, być może błędne, że na kobiety ta książka oddziaływać będzie silniej, głównie z racji tematów, które porusza. Nie będę ukrywać, że na mnie w kilku miejscach wywarła mocne wrażenie, a najsilniej oddziaływały na mnie losy Kristiny. W powieści Wyspa dusz na pierwszy plan wysuwa się kwestia nierówności płci i pozycji kobiet w społeczeństwie. Kobietom z góry narzucone są określone role i wyznaczone granice, których nie wypada lub nie wolno im przekraczać,  a każde wyjście poza schemat, nieważne czy spowodowane świadomym wyborem, czy koleją losu, spotyka się ostracyzmem. Powiedzieć, że książka jest tylko o tym, byłoby też dużym uproszczeniem. Śmiało po lekturze można byłoby podyskutować sobie o kruchości ludzkiej psychiki, o tym, jak funkcjonuje ona w sytuacji kryzysowej, jak na naszą kondycję wpływają różne doświadczenia z dzieciństwa. Jest tu też szerokie pole do dyskusji o relacjach na linii dziecko-matka i ich przełożeniu na funkcjonowanie w dorosłym życiu, czy w ogóle o instytucji matki i postrzeganiu macierzyństwa. Dlatego tak trudno zapomnieć o tej książce, bo co inna bohaterka, to inna historia, inne doświadczenie i kolejne tematy do refleksji. Może nie to, że od razu Wam polecam Wyspę dusz, ale możecie wziąć ją pod rozwagę w swoich planach czytelniczych.

P.S. Mam wrażenie, że w tej powieści wyjątkowo często pojawiało się jedno słowo w różnych odmianach i wręcz prześladowało mnie ono podczas lektury. Czy ktoś z Was już czytał i może spróbuje zgadnąć, jakie słowo mam na myśli? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz